Jedz, módl się, wydawaj
Gwałt, molestowanie, bolesny rozwód - z takimi problemami borykają się, niestety, nie tylko kobiety obscenicznie zamożne. Kasjerka w hipermarkecie również może być molestowana - czy jej również zaproponujemy wypad na Bali jako rozwiązanie wszystkich problemów?
Ani się obejrzeliśmy, a tu nagle zagościł wśród nas kolejny fenomen wykonany w Ameryce - to tzw. priv-lit, czyli literatura poradnikowa pisana poprzez kobiety społecznie uprzywilejowane. Sztandarowym przykładem priv-lit jest książka Elizabeth Gilbert 'Jedz, módl się i kochaj', której ekranizację z Julią Roberts w roli głównej możemy oglądać właśnie w naszych kinach.
Autorka książki była wziętą nowojorską dziennikarką, która bardzo boleśnie przeszła rozwód ze swoim pierwszym mężem. Ponieważ jej wina za rozpad związku była oczywista (to ona go zdradzała, nie on ją), ceną za szybki rozwód była zgoda na to, żeby mąż położył łapę na całkowitym majątku. Elizabeth Gilbert otrząsnęła się jednak śpiesznie - podpisała umowę na książkę o kobiecie, która otrząsa się z traumy po rozwodzie, wyruszając w duchową eskapadę dookoła świata. Po czym wyruszyła w duchową podróż dookoła świata, a równowagę duchową odnalazła na Bali. Swoje przeżycia, w zgodzie z umową, opisała w książce. Całkiem inaczej musiałaby wszak zwracać zaliczkę.
Złośliwa ironia w moim przypadku bierze się ze 100% pewnością z zimnej zawiści. Kto by nie chciał na czyjś koszt podróżować dookoła świata? Jeżeliż przyjemniej poszukiwać równowagi duchowej na Bali niż na Ursynowie! Popkulturowo-feministyczny magazyn 'Bitch', który wylansował określenie 'priv-lit' zauważył, że książki z tej dziedziny zaliczają się do bajecznie popularnej w Usa literatury motywacyjnej i samopomocowej. Odznacza je od niej jedna charakterystyczna cecha: wszystkie kwestie współczesnej kobiety radzą one rozwiązywać za pomocą książeczki czekowej i karty kredytowej. Pionierką priv-lit była Oprah Winfrey. Porusza ona w indywidualnych talk-show istotne kobiece tematy - bolesny rozwód, molestowanie, uzależnienia, dochodzenie do siebie po traumie gwałtu - ale w każdej chwili jako rozwiązanie zaleca coś absurdalnie kosztownego. Częściej jakąś formę 'medycyny alternatywnej', której rzeczywista wartość terapeutyczna jest w najlepszym wypadku wątpliwa. Oprah zapoczątkowała zjawisko zwane 'oprafikacją', którego echa dotarły już też do Polski. Polega ono na odwróceniu się kobiet z wyższej klasy średniej od tradycyjnej medycyny i psychologii w stroję jawnej szarlatanerii typu wiara w 'ustawienia Hellingera', 'ruch antyszczepionkowy' czy też leczenie wszystkich chorób adekwatnie potężną lewatywą. W polskich stronach o celebrytach też trafiają się wiadomości rodzaju: 'Reni Jusis głosi szkodliwość szczepionek'. Alternatywne terapie dają iluzję skuteczności, bo bardzo w wielu sytuacjach są kosztowne, jak co najmniej wypad na Bali, ażeby równowagi duchowej szukać pod kuratelą tamtejszego szamana. Albo roczna medytacja w hinduistycznej aśramie za jedyne 60 tys. dolarów. Zresztą dla zapracowanych są także oferty weekendowe z ceną już jedynie czterocyfrową. Można płacić kartą.
No dobrze, zawiść zawiścią, ale w czym problem? Co w tym złego, że bardzo bogate kobiety opisują w książkach, jak wydają nadwyżki pieniędzy? Zdaniem feministek z 'Bitch' problem polega na tym, że w dyskursie rozpoczynają dominować nierealne odpowiedzi na realne pytania. Gwałt, molestowanie, bolesny rozwód - z takimi problemami borykają się, niestety, nie tylko kobiety obscenicznie zamożne. Kasjerka w hipermarkecie również może być molestowana - czy jej też zaproponujemy wyjazd na Bali jako rozwiązanie wszystkich problemów? Priv-lit i oprafikacja sprawiają, że poważne problemy społeczne są w mediach fałszywie opisywane - tak jakby je już rozwiązano. Gwałt? A tak, oglądałem coś o tym u Oprah, najlepsze remedium to kąpiel w solach z Morza Martwego. Rozwód? Odzyskasz równowagę, przechodząc na dietę z biodynamicznego kawioru. Zdrada? Prada!
Można bez wątpienia powiedzieć, że feministki z 'Bitch' boją się priv-lit, bo to dla nich konkurencja. Oldskulowy feminizm z jego seminariami, warsztatami, manifami i grupami samopomocy jest beznadziejnie siermiężny w porównaniu ze znaną aktorką występującą w codziennym talk-show. Ten zarzut będzie posiadać ręce i nogi dopiero wtedy, gdy dotrzemy do utopijnej przyszłości gospodarki wolnorynkowej, w której powszechny wzrost PKB doprowadzi wreszcie do takiego poziomu dobrobytu, że w rzeczywistości zmartwieniem przeciętnej kobiety będzie to, jak najprzyjemniej wydać tegoroczną nadwyżkę kasy. Dopóki to nie nastąpi, wydaje mi się, że więcej do powiedzenia będą jednak miały oldskulowe feministki ze swymi siermiężnymi manifami...
